(B)Ryan

Poszliśmy odebrać Anta ze świetlicy. Razem z nami do klasy weszła mama po swoich  synków – Ryana i Bryana. Czy ci rodzice nie mogli dać dzieciom inaczej na imiona? Ryan i Bryan to bliźniacy jednojajowi. Wygladają zupełnie, ale to zupełnie identycznie!  Czarnoskórzy i z kędzierzawymi włosami. Z tym, że jak na mój gust energii mają za 10 (B)Ryanaow 🙂

– Antek, a ty rozróżniasz, ktory to Ryan, a który Brian? – pytamy juz w domu

– Acha! Pewnie!

-Jak?!!

– Zwyczajnie! Podchodzę do jednego z nich i pytam jak ma na imię i już wiem – odpowiada Antek lekko zdziwiony naszym pytaniem

Podobno w przedszkolu bliźniacy są w dwóch odzielnych grupach. Jeden z Antkiem, a drugi nie. Tosia stwierdziła, że to pewnie dlatego, żeby nauczyciele nie musieli sie zastanawiac, który to który…

Sprawdzian z muzyki

Od kilku dni pomagam Tosi w przygotowaniu do testu z muzyki.

Dzieci dostały pen drive’a z nagranymi 81 fragmentami utworów muzycznych. Każdy kawałeczek grany jest przez inny instrument. Na teście dzieci będą miały rozpoznać, który instrument słyszą.

Problem jest w tym, że np. skrzypiec jest nagranych z dziesięć. Skrzypce zwykle, skrzypce basowe, skrzypce jakies tam…  Poza tym mylą się nam altówka z kontrabasem oraz kilka rodzajów instrumentów dętych. Do tego te wszystkie nazwy są po angielsku… cella, bass, basson, itp. To jest dopiero wyzwanie!

Ale bawimy się super! Chichotamy zwłaszcza przy instrumencie, który nazywa się stringi. Na szczęście majtki słychać jedynie na jednym kawałku i do tego grają motyw znany nam z Tośką z jednego filmu o Barbie…

Test dzisiaj. Żeby zdać trzeba rozpoznać 5 instrumentów na 10. Trzymajcie kciuki!

Czy w Polsce też tak wygladają sprawdziany z muzyki? Za moich czasów śpiewało się na ocenę „O mój rozmarynie rozwijaj się”…

Melanż językowy

Mam lekki mętlik w głowie, bo w domu rano rozmawiałam po polsku, potem miałam 4 godziny kursu niemieckiego, a teraz w pracy z kolei mówię po anielsku i francusku. I prawdę mówiąc trochę się w tym wszystkim gubię…

Wczoraj czytałam Antkowi bajkę po niemiecku i co chwila mnie poprawiał: mamo, nie mówi się wolf, tylko wolef. (przypis: po niemiecku wolf, po luksembursku. wolef), nie mówi się sieben, tylko sieven  (znowu drobna roznica miedzy tymi dwoma językami). No i dzisiaj na niemieckim zaczęłam liczyć po luksembursku zamiast po niemiecku i pani mnie co chwila poprawiala 🙂

Albo zamiast odmieniać słowo arbeiten, odmieniałam sfrancuski odpowiednik tego słowa: travailler, dodając niemieckie koncówki np. bardzo z siebie zadowolona pytałam: wo travaist du?. I długo nie mogłam zrozumiec dlaczego wszyscy się śmieją…

Wyznanie

Rozpoczął sie nowy rok szkolny i Antek poszedł po raz pierwszy do nowego przedszkola. Przedszkole kazało mi zaś wypełnić fiszkę personalną. Typowe pytania: imiona, nazwiska, adres, numery telefonów i…na koniec niespodzianka: pada pytanie o wyznanie. No wiecie co?! Przecież to sprawa osobista! Oburzyłam się. Co ich obchodzi moje wyznanie! Kiedyś się dziwiłam, że Tosi szkoła pytała o to, kto jest szefem rodziny, ale pytanie o wyznanie to juz szczyty!

Nic nie wpisalam.

Teraz jednak mam wyrzuty sumienia, że się wyparłam własnej wiary. Chyba jutro pójdę, wezmę tę fiszkę z powrotem i dopisze 🙂

Robert uważa, że to zuepłnie normalne pytanie w szkole, gdzie maja 90% obcokrajowców. Po prostu z szacunku chcą wiedzieć, czy któreę dziecko nie może jeść wieprzowiny, albo musi nosić chustę albo nie wiem co… Może nie może jechać na sobotnią wycieczkę, bo szabas…

ps. O szefa rodziny luksemburskie urzędy, w odróżnieniu od szkoły Europejskiej, nie pytaja nigdy. Matka musi zawsze figurować pod swoim nazwiskiem panieńskim (- Nie. Proszę tu nie wpisywać nazwiska męża. Nie szkodzi, że w dowodzie ma Pani też nazwisko męża. Proszę nam podać  pani PRAWDZIWE nazwisko), a faktury za wszelkie lekarskie wizyty dzieci są ZAWSZE wysyłane na imię i nazwisko ojca, nigdy matki 🙂

O tempora, o mores!

Poszliśmy dzisiaj do Auchan szukać kartki okolicznościowej dla Hani. Mieliśmy duży problem, bo w całym nawale kartek komunijnych ciężko było znaleźć chociaż jedną z motywem religijnym. Przeważaly kolorowe kwiatki, tęcza, motylki, była też wróżka Dzwoneczek życząca dziewczynkom wszystkiego dobrego z okazji Komunii. Wszystko to jednak przebiła jedna kartka. Aż musiałam zrobić jej zdjęcie, bo nie uwierzylibyście, gdybym wam tylko napisała.

Zdjęcie poniżej. Dla tych co nie znaja francuskiego podpis w dole kartki: Wszystkiego najlepszego z okazji Komunii. Gdyby ktoś nie był zorientowany: to coś, co chłopiec trzyma w ręku, to obiekt marzeń każdego komunijnego dziecka.

Tosia dostała upragniony przedmiot dopiero tydzien temu – kupiła sobie na pchlim targu za własne, zarobione pieniądze (ze sprzedaży swoich starych zabawek). Chyba za długo czekała na wymarzoną rzecz, bo wczoraj dzwoniła do mnie do pracy mowiąc, że właśnie sprząta na półkach, bo chce zrobić specjalne miejsce tylko na konsolę 🙂

Co za czasy! Co za obyczaje!

Ta muszla, czy ten muszel?

Wracamy do domu, przed drzwiami jAntek się zatrzymuje, wpatruje w chodnik i mówi:
– o! muszel!
– nie muszel, tylko ta muszla – poprawiam odruchowo.
– nie muszla, tylko ślimak – koryguje mnie z kolei Robert, który o mało co nie zdeptał dorodnego ślimaka.
– aaaa, ślimak! A ja myślałem, że to muszel! – mowi Antoś kiwając głową.

W domu, jak zwykle z opóźnieniem, coż mnie tknęło.
– Tosia, gdzie masz ten obrazkowy słownik luksemburskiego? – pytam.

Szybkie wertowanie kartek ujawnia, że muszla po luksembursku to: d’Muschel

Buda Jakuba

Antek najwyraźniej przeżywa nowy, śpiewający etap swojego życia.
 
Zaczęło się od jednej piosenki żłobkowej, którą podśpiewywał sobie pod nosem i co do której wyraził życzenie, żeby śpiewać razem z nim. Z całej masy luksemburskich słów udało mi się wyłowić tylko jedno: Babbeltiermchen. To nazwa Antka żłobka. Dzwoniłam potem do żłobka i prosiłam o przesłanie mi słów. Żłobek oczywiście bez problemu przesłał emailem słowa  hymnu żłobkowego i tak sobie w domu wszyscy śpiewaliśmy.
 
Antkowi nawyrażniej to wspólne muzykowanie przypadło do gustu, bo kilka dni później, gdy śpiewal już coś innego (zrozumiałam, że to piosenka o Buda Jakub) kazał mi dzwonić do żłobka, bo on chce żebym znowu miała słowa na kartce i śpiewala razem z nim. Zastanawialiśmy się usilnie z Robertem i Tosią, co to za buda Jakuba. Może szopa? albo stodoła? Mnie się bardzo kojarzyło z moją ulubioną piosenką szantową „laska Jakuba”. Tam była laska, może tu buda?
 
Telefon do żłobka ujawnił, że nie żadna buda Jakuba, tylko brudder  [wymawia się: bruda ] Jakob, czyli luksemburskie panie Janie 🙂
 
Wczoraj Antek usiadł mi na kolanach z informacją, że jest jeszcze inna piosenka i żebym śpiewała razem z nim i zaczął śpiewać i pokazywać rączkami różne gesty. Tym razem nie zrozumiałam ani słowa, ale przed chwilą dzielnie zadzwoniłam po raz juz trzeci do żłobka z prośbą o słowa kolejnej piosenki, z tym, że od razu zaznaczyłam, że nie mam pojęcia o czym to jest, ale się pokazuje rękami, że się śpi, a potem się klepie po kolanach i czy oni  może rozumieją z mojego opisu o jaką piosenkę chodzi. Pani na to:
– Aaaa. Chyba wiem. Czy to nie jest przypadkiem… i tu podała tytuł po luksembursku.
– Nie mam pojęcia, bo nic nie zrozumiałam z tego co Antek śpiewał – odpowiadam.
– Acha, no tak…. No więc ta piosenka, to leci tak:
 
… i zupelnie niespeszona pani ze żłobka odśpiewała mi pięknie do słuchawki całą zwrotkę!

60-lecie szkoły

Jutro już niestety koniec ferii wielkanocnych. Tosia się jednak cieszy, że idzie do szkoły, bo przez cały tydzień będą obchody 60-lecia szkoły i nie będzie zwykłych lekcji tylko tydzień tematyczny: uczniowie będą zwiedzać Luksemburg z przewodnikiem, uczyć się luksemburskich piosenek oraz robić makietę miasta Luksemburg. Szkoda, ze szkoła zdecydowała się otworzyć na kraj dopiero z okazji 60-lecia szkoły. No, ale lepiej późno niż wcale.  Dodatkowo, w  piątek uczniowie idą do Auchan, by tam zatańczyć dla klientów sklepu specjalny urodzinowy taniec. Ćwiczą go już od miesiąca! Popatrzcie co za czasy nastały –  szkoła daje koncert nie w rynku, nie w ratuszu lub w konserwatorium, nawet nie w sali gimnastycznej, tylko w supermarkecie! 🙂

Tak a’propos, to Tośka wczoraj mnie się pyta, czy święto 60-lecia szkoły oznacza, że dyrektor ma urodziny i kończy 60 lat. 🙂

 

Kto może woleć, a kto musi chcieć

Swoim zwyczajem Antek obwieszcza, że wolałby coś zjeść.

Ponieważ ja też jestem głodna, to oboje patrzymy co jest dobrego w spiżarni. Antek wypatrzył świeżo kupione przez tatę banany.

– Wolę banana – decyduje.
– Banana? – zastanawiam się – to ja też w takim razie wolę banana. – mówię po „antkowemu”.

Reakcja Antka jest błyskawiczna:

– Nie! Ty nie możesz tak mówić. Tylko ja wolę. Ty musisz mówić, że chcesz banana.

🙂

Po krótkich pertraktacjach Antoś zgodził się, że woleć może też tato (pewnie z uwagi na to, że uczy się luksemburskiego, a Antek o tym wie, bo 2 razy w tygodniu, wieczorami Robert obwieszcza, że wychodzi na kurs języka luksemburskiego i czasami coś do Antka zagaduje w tym języku) Najwyraźniej już powoli rozróżnia i oddziela te dwa języki na “żłobek” i dom, na swój dodatkowy “żłobkowy” i mój, tylko “domowy”. No i proszę, raczył tatę wpuścić na swoje terytorium języka żłobkowego.

Lingwistyczne nudy na pudy

Poznałam ostatnio w pracy Łotyszkę. Jej ojciec jest Rosjaninem. Pytam się, który język jest jej ojczystym – łotewski, czy rosyjski. Po długim namyśle odpowiedziała, że chyba rosyjski, bo w tym języku myśli, ale np. do niemowlaków lub szczeniaczków odruchowo zagaduje po łotewsku, a to jest podobno wyznacznik języka ojczystego. Łotyszka ma chłopaka, z którym planuje założyć rodzinę. Chłopak to Francuz urodzony w Maroku. Też ma dwa języki ojczyste – arabski i francuski. Między sobą rozmawiają po angielsku. Ciekawe w jakim języku będą mówić ich dzieci i kim się będą czuły: Luksemburczykami, Łotyszami, Rosjanami, Francuzami, Marokańczykami, czy może….. Europejczykami.
I tak jest z większością osób, które tutaj poznajemy. Przy nich mam czasami wrażenie, że nasza rodzina to lingwistyczni nudziarze…